Statki
przypływające do Big Apple niezmiennie od ponad stu lat wita potężna Statua stojąca
na Wyspie Wolności.
Czterokrotnie
mniejszy, taki sam posąg stoi w Paryżu na Wyspie Łabędziej.
Autorem
jednej i drugiej jest francuski rzeźbiarz Frédéric Auguste Bartholdi.
Mason.
Już samo to
określenie skłania do poszukiwania w jego dziełach ukrytej symboliki,
dopisywania historii i fabuł, często z palca wyssanych ale jakże zajmujących! A
przecież sztuka bez symboli nie istnieje! Nawet zamalowane jednolicie
ultramaryną płótna Yvesa Kleina miały swoje znaczenie i symbolikę.
Pisarze,
tacy jak Dan Brown, czy twórcy Skarbu Narodów zdobyli na rozgryzaniu masońskich
tajemnic pieniądze i popularność. W miły i łatwostrawny sposób skomercjalizowali rzeczywiste lub
domniemane zagadki.
I świetnie!
I tak ma być! Dobra sztuka jest i powinna być inspirująca. Ukryta w niej magia
powinna być odsłaniana, interpretowana i ma służyć do powstawania nowej magii.
Modelką
pozującą Bartholdiemu do modelowania postaci Statui Wolności była jego metresa.
Jednakże artysta nie uznał kochanki za dość godną uwiecznienia rysów jej twarzy.
Na płynących Sekwaną, czy zbliżających się do Nowego Jorku spogląda kamienne
oblicze matki rzeźbiarza. Hołdując rodzicielce Bertholdi ubrał ją w
siedmioramienną koronę, symbolizującą siedem kontynentów.
A może
siedem gwiazd w Wielkiej Niedźwiedzicy?
A może
siedem lat tłustych i chudych?
A może
siedem grzechów głównych?
A może
siedem okrążeń wokół Kaaby w Mekce?
A może
siedem atrybutów Boga?
A może…?
A może…?

.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz