O-ho-ho Sir
Francis Drake, hiszpańskiej żądny krwi!
Kto lubi
szanty, to zna tę postać, a kto za szantami nie przepada, zawsze ma okazję ją
poznać.
Moje
spotkanie z kapitanem Drakiem, słynnym szesnastowiecznym korsarzem, który
słynął z elegancji i wysokiej kultury podczas bitw, oraz wyjątkowej uprzejmości
wobec pojmanych jeńców, miało miejsce w Szwarcwaldzie.
Nie, nie był
to wynik upojenia miejscowym sznapsem z dzikich śliwek zwanym wdzięcznie
Zibaertle, lecz efekt pomyłki kierowcy busa. Szofer przegapił mój zjazd z
autostrady i postanowił zawrócić 40 km dalej. Chyba był wyjątkowym entuzjastą
miejscowego krajobrazu (zresztą nie ma się czemu dziwić, gdyż okolica jest
przecudowna), bo postanowił powieźć mnie przez wioski i miasteczka wokół
Fryburga.
W pewnej
chwili znaleźliśmy się w Offenburgu. Oczom moim ukazał się okazały dość pomnik
mężczyzny z kartoflem w ręku. Łamaną niemczyzną dopytywałem kim jest ów
jegomość dzierżący w garści ten zaskakujący atrybut. Zazwyczaj, uwiecznione
postaci trzymają miecze, globusy lub księgi, a tu pyra….
Wtedy
kierowca zdumiał mnie jeszcze bardziej: - Das ist Francis Drake! Okazuje się,
że nasi praktyczni sąsiedzi postawili mu pomnik z wdzięczności za przywiezienie
do Europy kartofelków, dzięki którym przeżyli lata biedy i głodu.
Czy kapitan
Drake, sam posilał się bulwami, tego nie wiemy. Historia jednak donosi, że
chętnie zażywał pierwowzoru mojito, drinka z rumu, cukru, mięty i limonki.
I z limonki
właśnie, Francisowi Drake'owi stawiam pomnik z wdzięczności za rozweselający
napój.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz