Jest w Warszawie taka dzielnica, która nosi imię od właściciela położonego w niej majątku – Ursynów. Z grubsza mieszka tam jakieś 150 tysięcy ludzi nie licząc słoików. Czyli całkiem sporo…
Ale nie o Ursynowie dzisiejsze story, a nawet nie o Julianie Ursynie Niemcewiczu, choć zainspirowała mnie pewna związana z nim historia. Otóż w pamiętnikach swych napisał, że gdy w 1782 roku pojechał w konkury do panny Bogatkówny został przez jej rodziców "zrekuzowany" gęsią na szaro.
Wyjaśnijmy najpierw trudne słówko "rekuza", które oznacza ni mniej, ni więcej brak zgody na zamążpójście, czy jak kto woli "chodzenie ze sobą", choć dzisiaj trudno jest mówić o chodzeniu skoro głównie się siedzi - na fejsie. Dziś dziewczyna powie bez ogródek "nie, nie jestem zainteresowana" i koniec pieśni. Forma krótka, zwarta i bezpośrednia. Kiedyś rzecz cała miała w sobie więcej finezji. Zatem kawaler wraz ze swym swatem jechał w konkury do panny, tam rodzice w sposób zawoalowany pokazywali jak bardzo miły lub nie, jest im gość.
Polska niegdyś była wielka, od morza do morza, łącząca w sobie wiele kultur i obyczaów, które bezpowrotnie zaginęły i choć większość z nas rozumie co oznacza "dostać kosza", czy "dostać czarną polewkę", to już nie bardzo wie skąd się to wzięło.
Wyjaśnić spieszę, że kosz to nic innego jak wieniec upleciony ze słomy grochowej, suchej, pustej i do niczego nieprzydatnej, a czarna polewka to zupa z dodatkiem kaczej krwi, nazwana tak od swego koloru. Ale co ma do tego gęś na szaro?
A, to juz taki mazowiecki obyczaj przygotowywania pewnych potraw w słodko-kwaśnym sosie szarego koloru, z tym że serwowano go raczej do dań mdłych czyli ryb, czy ozorków cielęcych. Podanie go do wyrazistej w smaku gęsi, kaczki lub prosięcia było swoistym faux pas, a więc zasugerowaniem, że niedobrana z nich para, niczym ta gęś z owym sosem.
Okropne!
Ale mogło być gorzej. Na Żmudzi (dzisiaj Litwa) zalotnika podejmowano gęstą jak kit grochówką z zatkniętymi w niej świńskimi ogonkami (FUJ!!!). Jeśli z zupy wystawały ich cieńsze końce, to kandydat był przyjęty, lecz jeśli grubsze, to sami wiecie...
Najprzyjemniejsza odmowa spotykała delikwenta na Podolu, czyli na tym kawałku Ukrainy, gdzie powiedzenie "Bar wzięty!" nie oznacza zaproszenia do wychylenia kilku szklaneczek przy kontuarze. Otóż jak kozaka - zalotnika w domu panny nie chciano, to podawano mu pięknego, soczystego, zielonego arbuza.
W upalny dzień mógł się przynajmniej biedaczysko porządnie nim orzeźwić.
Arbuzy są super!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz