W szufladzie, na samym dnie leżało sobie cicho ogniwo łańcucha. Ktoś kiedyś zdjął je, bo łańcuch, którego był częścią okazał się zbyt długi i schował – a nuż się przyda?
Ogniwo ze
smutku i tęsknoty za innymi ogniwami pokrywało się śniedzią. Lubiło być razem z
nimi, czuć ich dotyk, czuć więź, gdyż taka jest w końcu natura łańcucha.
Pojedyncze ogniwo traci sens istnienia, stąd jego smutek i beznadziejna samotność.
Ilekroć ktoś
otwierał szufladę w ogniwie budziła się nadzieja – może to po mnie przyszli? Może
połączą mnie na powrót z braćmi? Mój łańcuch z pewnością też za mną tęskni i
też jest mu smutno...
Ale ludzka
dłoń przerzucała poszczególne przedmioty, omijając w swym zamiarze biedne,
zaśniedziałe ogniwo.
Łańcuch
pobrzękując radośnie miał się dobrze i dawno zapomniał o odłączonej części
siebie samego.
Z wolna,
ogniwo zaczęło wtapiać się w chaos szuflady, dostrzegło inne nikomu
niepotrzebne przedmioty: wygiętą śrubkę, kawałek drutu, zabłąkaną uszczelkę i
mnóstwo, mnóstwo innych. Dostrzeżeni towarzysze z każdym dniem stawali mu się
bliżsi, z każdym ruchem szuflady, łączyło się z nimi coraz bardziej, a po wielu
tygodniach splątali się wszyscy ze sobą w jednorodną masę. Ogniwo nie tęskniło
już za swoim łańcuchem i zapomniało o swoim pierwotnym przeznaczeniu. Szuflada
stała się jego domem.
Pewnie nadal
tam leży!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz